Archive for the ‘Archiwa ze Starych Dziejów’ Category

Segmenty pełne strachu

Wednesday, November 26th, 2003

Pracują w szpitalach Akademii Medycznej i od 10 lat mieszkają w jej hotelu – ale nielegalnie

W trzech budynkach hotelowych przy ul. Ślężnej, należących do Akademii Medycznej, mieszka około 500 osób. Są to rodziny pracowników szpitali klinicznych. Zamieszkują tam jedynie na podstawie skierowań z zakładu pracy, nie mają stałego meldunku. W każdej chwili mogą zostać z zajmowanych lokali wyrzuceni.

Rzecznik praw obywatelskich stwierdził, ze jest to niezgodne z prawem. Dlatego lokatorzy hoteli chcą, aby Akademia Medyczna podpisała z nimi umowy najmu. Tej właśnie sprawie było poświęcone ich wczorajsze spotkanie z władzami uczelni.
Sprawa dotyczy około 150 rodzin. Niektóre w hotelu mieszkają już ponad 10 lat. Większość lokali to osobne mieszkania, które remontują na własny koszt mieszkańcy. Za segment płacą 680 złotych. Nie jest to jednak czynsz, ale opłata, a administracja nie podała im, co składa się na taką kwotę.

Żeby nas nikt nie straszył

- Chcemy żyć w spokoju – mówi Elżbieta Dzik, przewodnicząca rady mieszkańców. – Chcemy, żeby nikt nas nie straszył, że nas wyrzuci. Chcemy mieć stały meldunek. Chcemy, żebyśmy mogli czuć się jak pełnoprawni obywatele.
Ostatnio lokatorzy usłyszeli, że władze akademii medycznej chcą w przyszłości zamienić te budynki na domy studenckie, a wszystkich lokatorów, którzy nie są pracownikami szpitali, wyrzucić z mieszkań.
- Jesteśmy zakwaterowani na podstawie starego regulaminu – mówi Elżbieta Dzik. – Nie chodzi nam o wykup tych mieszkań, choć były kiedyś takie propozycje, ale o zawarcie normalnych umów najmu. Teraz nie mamy żadnych praw. Coraz więcej z nas zwalnianych jest z pracy, tak więc każdy niedługo może zostać wyrzucony z zajmowanego lokalu.
Mieszkańcy już od dawna starali się o wyjaśnienie sytuacji. Zwrócili się do rzecznika praw obywatelskich. Odpowiedź otrzymali 10 listopada.

Warunki niezgodne z prawem

- Przyjęte przez akademię zasady i warunki zakwaterowania w zespole hoteli pielęgniarskich niezgodne są z obowiązującymi w tym zakresie regulacjami prawnymi – napisała do mieszkańców Jolanta Staniak z biura rzecznika praw obywatelskich.
Podobne pismo otrzymał prof. dr hab. Leszek Paradowski, rektor Akademii Medycznej. Stanisław Trociuk, zastępca rzecznika praw obywatelskich napisał:
- Do przedmiotowego hotelu mają zastosowanie przepisy ustawy o ochronie praw lokatorów. Skoro tak, to przyjąć należy, że zamieszkiwanie w tym hotelu powinno następować na podstawie umowy najmu, a najemcy winni opłacać czynsz i inne opłaty.
Jak pisze rzecznik, mieszkańcy tego hotelu, zamieszkali w nim zarówno przed wejściem w życie ustawy o najmie lokali (w więc przed 12 listopada 1994 roku), jak i po tym terminie, są najemcami zajmowanych mieszkań, a umowa ta jest umową zawartą na czas nieoznaczony.

Co na to rektor

- Rozumiem, że cześć z tych pań chciałaby pozyskać jakiś majątek – powiedział nam prof. dr hab. Leszek Paradowski, rektor Akademii Medycznej. – Ale te budynki zostały wyznaczone jako hotele dla studentów Akademii Medycznej. Nie będę kupował gruntu w innym miejscu tylko po to, aby zaspokoić oczekiwania części z tych pań.
Jak powiedział nam rektor, nikt nie chce wyrzucać mieszkańców na bruk i akademia zaoferuje im mieszkania w hotelu przy ul. Kotsisa. – Nie wiem jeszcze, jak odpowiem rzecznikowi praw obywatelskich. Na razie sprawę badają radcy prawni. Na pewno będę bronił własności Akademii Medycznej.

Autor artykułu: Piotr Zarzycki

Ciastko z bajką

Tuesday, November 25th, 2003

LEGNICA

Coraz popularniejsze wśród najmłodszych legniczan są niedzielne spotkania przy ciastku w legnickiej Kawiarni Maska. W minioną niedzielę bajkę dzieciom czytała zastępca prezydenta Legnicy Jadwiga Zienkiewicz.

Milusińscy usłyszeli, że książki się czyta, a nie zjada. Do tramwaju starszych puszcza się przodem i ustępuje im miejsca. Z kolei idąc do szkoły, trzeba się porządnie przygotować. Oprócz słuchania bajki 56 dzieci wzięło udział w kilku zabawach przygotowanych przez Alinę Tarnawską, Antoninę i Jolantę Trawnik. W najbliższą niedzielę, 30 listopada w Kawiarni Maska bajkę czytać będzie dzieciom Gabriela Brandys, radna Rady Miejskiej Legnicy.

Autor artykułu: MM

Tajniak za kierownicą

Tuesday, November 25th, 2003

LUBIN Kolejna odsłona w procesie byłych szefów Polskiej Miedzi

- Chciałem, żeby działał w dyskrecji – tak były prezes KGHM Marian K. tłumaczył wczoraj zatrudnienie specjalisty ds. bezpieczeństwa w charakterze kierowcy. Kontrakty Krzysztofa P. i wielu innych, wybranych pracowników Biura Zarządu spółki, to część oskarżenia, jakie pod adresem byłego prezesa i wiceprezesa skierowała prokuratura.

Szkoda, na jaką narazili firmę, ma wynosić ponad 15 mln zł.
Wczoraj odbyła się druga rozprawa w procesie, w którym na ławie oskarżonych zasiadają Marian K. – były szef zarządu „Polskiej Miedzi” oraz Marek S – były wiceprezes ds. finansów. Prokuratura zarzuciła im niegospodarność i działania na szkodę firmy. I to z kilku powodów: nienależnych świadczeń pieniężnych dla 29 pracowników Biura Zarządu, nieuzasadnionych kontraktów kierowniczych dla 12 kolejnych osób. A ponadto zawarcia umowy na ochronę własną, członków swoich rodzin i domów. Zarzuty dotyczą też wynajęcia na koszt spółki willi w Leśnej Podkowie, a wreszcie – z powodu umowy na realizację całego systemu zabezpieczeń – którą zlecono firmie, wybranej z pominięciem przyjętych w KGHM zasad.
Marianowi K. dodatkowo zarzucono akceptowanie niezwykle kosztownych delegacji kierowców zarządu. Były prezes wczoraj po raz pierwszy w sądzie ustosunkował się do aktu oskarżenia. Odmówił jednak odpowiedzi na pytania prokuratora.

Dał superangaż

Były prezes potwierdził wczoraj to, co przed miesiącem stwierdził w swoich zeznaniach jego były współpracownik, Marek S. Zatrudnienie Krzysztofa P. w charakterze kierowcy było tylko kamuflażem, który miał ukryć jego prawdziwe zadanie. A tym było inwigilowanie pracowników służb ochrony Biura Zarządu, „obserwowanie kontaktów między pozostałymi członkami zarządu (były to osoby z poprzedniego składu – przyp. MB), odkrycie źródeł przecieków, ustalenie zagrożeń tak dla osoby prezesa, jak i samej spółki, a wreszcie – współtworzenie polityki bezpieczeństwa KGHM i czuwanie nad realizacją systemu zabezpieczeń.
- Spółka borykała się z problemami ujawniania informacji istotnych dla jej gospodarki. Pan P. miał oceniać, czy niektóre zdarzenia miały charakter dowcipu, czy też były istotnym zagrożeniem ze strony np. świata przestępczego – powiedział Marian K., dodając po chwili: – Departament ochrony był kierowany przez osobę, do której nie miałem zaufania i co do której miałem podejrzenia, że zastrasza swoich podwładnych.
Jak wynika z zeznań, Marian K. miał pełne zaufanie do swojego „kierowcy”: był z nim przez 24 godziny na dobę, miał dostęp (w celach śledczych) nawet do bilingów spółki Polkomtel. Równocześnie były prezes przyznał, że Krzysztofa P. zatrudnił zaledwie dwa miesiące po tym, jak przedstawił mu go Marek S. Umowę o pracę po kilku miesiącach prezes zamienił na kontrakt dla pełnomocnika zarządu ds. zabezpieczeń.
- Było to niezgodne z przepisami – oznajmiła wczoraj pracownica Państwowej Inspekcji Pracy, pierwszy świadek w tym procesie.

Poza tabelą

Zdaniem inspektor, która kontrolowała dokumenty po doniesieniu jednej z organizacji związkowych w Biurze Zarządu, już sam fakt zawarcia kontraktów kierowniczych (uwzględniających m.in. 9-miesięczny okres wypowiedzenia) z Krzysztofem P. i sekretarką prezesa Joanną S., było wbrew Zakładowemu Zbiorowemu Układowi Pracy. Bezpodstawne były też wysokie premie dla nich i dwóch kolejnych kierowców, Janusza M. oraz Mirosława B.
- Sam regulamin, na który się powoływano, stracił rację bytu w momencie przyjęcia układu zbiorowego pracy – stwierdził świadek. – A przyznanie pani S. premii w wysokości 263 proc. płacy zasadniczej było zaś sprzeczne nawet z tym regulaminem.
Jak przypomniano wczoraj, między styczniem a wrześniem 2001 roku z funduszu premiowego – za specjalne zadania – Joanna. S. otrzymała w sumie ponad 73 tys. zł, Janusz M. – 155 tys. zł, Mirosław B. – 63 tys. zł, a Krzysztof P. – 50 tys. zł.
- Nie wiem, za co – przyznała również wezwana na wczorajszą rozprawę sekretarka. I potwierdziła, że znacznie wyższe były także premie, które dostawała co miesiąc. Fakt zmiany umowy o pracę na kontrakt kierowniczy – przy niezmienionym zakresie obowiązków – również skwitowała niewiedzą. Ale potwierdziła zeznanie, które odczytał sędzia Mariusz Niedźwiedź: – Prezes zaproponował tę zmianę jako zabezpieczenie mojego zatrudnienia.

Autor artykułu: Mirosława Bożyńska

Będą wnioski o wyrzucenie

Tuesday, November 25th, 2003

Posłowie Chaładaj i Maraszek nie powinni być członkami SLD – mówi wojewódzki rzecznik dyscypliny partyjnej

Michał Matkowski, rzecznik dyscypliny partyjnej SLD na Dolnym Śląsku, zapowiada, że będzie wnioskował o usunięcie posłów Jana Chaładaja i Ryszarda Maraszka z partii. Janusz Krasoń, szef dolnośląskiego SLD, dodaje: – Od obu posłów oczekuję na początek zawieszenia członkostwa w Sojuszu.

Rzecznik dyscypliny wstrzymuje się jeszcze ze swoim wnioskiem do czasu, aż posłowie Maraszek i Chaładaj przejdą weryfikację na szczeblu władz powiatowych SLD. To jej drugi etap, bo wcześniej obaj zostali pozytywnie ocenieni przez kolegów z kół – Chaładaj we Wrocławiu, a Maraszek w Polkowicach.

Będzie sprzeciw

- I jeśli przejdą pozytywnie tę drugą część weryfikacji, zgłoszę swój sprzeciw – zapowiada Michał Matkowski. Według niego, Maraszek, wobec którego prokuratura sformułowała już zarzuty, w ogóle nie powinien przystępować do weryfikacji i wypełniać na nowo deklaracji członkowskiej w SLD.
- Rozmawiałem o tym z przewodniczącym zarządu partii w Polkowicach, ale był innego zdania – stwierdza Matkowski. Podobne działania rzecznik dyscypliny zapowiada wobec Jana Chaładaja.
- W obu przypadkach skieruję mój sprzeciw do sądu partyjnego – mówi Matkowski. – Na tym moja rola się skończy – stwierdza. Pytany o to, jaka będzie skuteczność jego działań, odpowiada:
- Wszystko zależy od sądu partyjnego. Nie mam wątpliwości, że kariera polityczna tych panów została już przerwana i powinni się wycofać do dalszego szeregu. Partia się przez to nie zawali, a ich czyny przyniosły jej szkodę – stwierdził Matkowski.
Poseł Maraszek powiedział nam wczoraj, że chce porozmawiać o swojej sytuacji z szefostwem partii. – Od początku sprawy niczego nie ukrywałem i nie będę tego robił – stwierdza. – Mam nadzieję, że nikt nie wyda na mnie zaocznie politycznego wyroku i nie będzie polowania na czarownice – bronił się.

Dokręcanie śruby

Bardziej ostrożny jest Janusz Krasoń, przewodniczący dolnośląskiego SLD: – Na razie oczekuję, że posłowie Chaładaj i Maraszek zawieszą swoje członkostwo w SLD. To powinna być zasada obowiązująca w tych przypadkach, kiedy wobec działacza SLD toczy się postępowanie karne. Albo jest niemal przesądzone, że się zacznie. Z ostatecznymi decyzjami powinniśmy jednak wstrzymać się do czasu zakończenia tych spraw – stwierdza Krasoń. Dodaje, że pewne jest to, iż członek SLD, skazany prawomocnym wyrokiem sądu, nie ma czego szukać w partii.
Jan Chaładaj: – Wolę wstrzymać się z komentarzami. Czekam, aż prokurator generalny złoży w Sejmie wniosek o uchylenie mojego immunitetu. Na pewno postąpię tak, by nie przynieść wstydu partii. Zachowam się przyzwoicie – powiedział pytany o to, czy zamierza zawiesić członkostwo w Sojuszu.
Niektórzy członkowie z SLD w rozmowie z nami sugerują, że sprawy Maraszka i Chaładaja mogą stać się przykładami tego, że weryfikacja była skuteczna.
- Obaj są dobrym pretekstem do ostrych reakcji, tak by udowodnić, że weryfikacja rzeczywiście oczyści szeregi partii. Jest na to silna presja. Teraz dokręcają śrubę. Trochę na pokaz – ocenia nasz rozmówca.
Michał Matkowski powiedział wczoraj “Słowu”, że nie podejmie żadnych działań wobec Ryszarda Nawrata, byłego wojewody dolnośląskiego. To trzeci – obok Chaładaja i Maraszka – działacz regionalnego SLD, wokół którego pojawiły się kontrowersje. – Nie ma wobec niego żadnych zarzutów – stwierdza Matkowski. – Jest tylko świadkiem w sprawie – dodaje.

Autor artykułu: Wojciech Szymański

Mandaty i punkty karne

Friday, November 21st, 2003

Przypomnienie zasad obowiązujących w kodeksie drogowym.

W kodeksie drogowym obowiązującym od października ubiegłego roku policjant ma podany limit, do jakiej kwoty może ukarać kierowcę za wykroczenie. Obecnie funkcjonariusz wyznaczając wysokość mandatu bierze pod uwagę: stopień społecznego niebezpieczeństwa, wcześniejszą karalność sprawcy, jego sytuację majątkową (utrzymywane dzieci) oraz zachowanie po wykroczeniu (ewentualna skrucha).
Zanim policjant nałoży grzywnę, ma obowiązek poinformować sprawcę wykroczenia o wysokości grzywny, o rodzaju wykroczenia i, co najważniejsze, jakie będą skutki odmowy przyjęcia mandatu karnego. Mandat kredytowy nie może być przyznany osobie przebywającej czasowo na terenie RP. Dodatkowo policjant ma prawo do nałożenia mandatu zaocznego. Jest to grzywna wymierzona sprawcy, który zbiegł z miejsca popełnienia wykroczenia, a nie zachodzi wątpliwość, że to była właśnie ta osoba.
Jeżeli kierowca prowadził auto po wypiciu alkoholu (od 0,2 do 0,5 promila we krwi) lub w stanie nietrzeźwości (powyżej 0,5 prom.), nie można go ukarać mandatem karnym, nawet najwyższym. Policja kieruje natychmiast taką sprawę do sądu, który orzeka o ewentualnej winie. Osoba uznana za winną takiego czynu bezwzględnie traci prawo jazdy.
Niedoświadczeni kierowcy, czyli z rocznym prawem jazdy, jeśli uzbierają przez ten czas 20 punktów, tracą prawo jazdy. Gdy policjant zatrzyma takiego kierowcę, zatrzymuje jego prawo jazdy za pokwitowaniem. Osoba bez ważnego dokumentu musi ponownie zdawać egzamin. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku doświadczonych kierowców. Ci jednak mają wyższy limit punktów karnych (24).
Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego we Wrocławiu prowadzi kursy dla kierowców naruszających przepisy ruchu drogowego. Szkolenie jest organizowane średnio raz w miesiącu. W zajęciach mogą wziąć udział osoby posiadające prawo jazdy dłużej niż rok i mające na swym koncie nie więcej niż 24 punkty karne za naruszenie przepisów ruchu drogowego. Po ukończeniu takiego kursu kierowca ma odjęte 6 punktów karnych ze swojego konta, a z zajęć wychodzi świadomy błędów, jakie popełnił, i z wiedzą potrzebną do lepszego poruszania się po drogach.

******

- Ustawa wyraźnie mówi, iż mandat staje się prawomocny z chwilą jego podpisania przez osobę, która popełniła wykroczenie – wyjaśnia podkomisarz Artur Falkiewicz z KWP we Wrocławiu.

Autor artykułu: Katarzyna Michalska

Boisko w Krzyżowej

Friday, November 21st, 2003

Rozpoczyna się V Dolnośląskie Forum Gospodarcze i Polityczne

Z Wrocławia łatwiej dostać się do Berlina niż do Warszawy. Stolica regionu nie ma obwodnicy. Po wejściu do Unii z Dolnego Śląska mogą uciec młodzi, świetnie wyszkoleni specjaliści. Brakuje nam strategii energetycznej. O tych problemach będzie mowa w Krzyżowej.

Jak zmniejszyć dystans dzielący nas od Unii Europejskiej? O tym dyskutować będą politycy, biznesmeni i samorządowcy podczas trzydniowego spotkania w Krzyżowej. Dolnośląskie Davos – tak mówi się o forach gospodarczych i politycznych, które odbywają się co roku. Tak, jak w Szwajcarii spotykają się tu osoby, które mogą wpłynąć na przyszłość regionu. W tym roku biznesmeni będą mieli szanse zadać pytania i podyskutować z wicepremierem i ministrem gospodarki Jerzym Hausnerem.

Podajmy im piłki

Czego można oczekiwać od spotkania?
- Uważam, że mamy doskonałych napastników w ekipie rządzącej, którzy mogą strzelać gole – mówi Janisław Muszyński, kanclerz Loży Dolnośląskiej Bussines Center Club, która jest jednym z organizatorów spotkania. – Niestety, goli nie ma, mimo że ci ludzie są dobrzy. Problem polega na tym, że nikt nie podaje im odpowiednio przygotowanych piłek. W Krzyżowej powinniśmy popracować właśnie nad pomocą dla napastników. Forum jest boiskiem, na którym mamy podać właśnie te piłki, które są najważniejsze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Dostaną je nasi przedstawiciele w Warszawie, gdzie toczy się główna rozgrywka – dodaje.

Strzał do ambasadora Niemiec

Przedsiębiorcy i politycy liczą także na wzmocnienie współpracy z Niemcami. Gościem specjalnym spotkania w Krzyżowej będzie ambasador Republiki Federalnej Niemiec Reinhard Schweppe.
- Chodzi między innymi o problemy związane z Odrą i budowę korytarza transeuropejskiego, który będzie drogą na Wschód. W tych obszarach musimy współpracować i stąd obecność ambasadora. Wspólna gra z Niemcami będzie się opłacać obu stronom – tłumaczy Jan Waszkiewicz, inicjator i organizator Forum.
- Jeszcze nie wiemy, jaką mamy mu podać piłkę. To będzie zależało od tego, co powie – dodaje Janisław Muszyński.

Autor artykułu: Tomasz Bonek

Czują się oszukani

Friday, November 21st, 2003

Policjanci, strażacy i pogranicznicy pikietowali urząd wojewódzki.

Około 150 policjantów, strażaków i funcjonariuszy straży granicznej demonstrowało wczoraj przed urzędem wojewódzkim. Pikieta miała spokojny przebieg. Burzliwe były natomiast rozmowy między protestującymi, a wicewojewodą Ryszardem Lacherem.

Przedstawiciel rządu, który przyjął demonstrantów w swoim gabinecie na początku stwierdził, że rozumie ich protest, ale: “budżet jest jaki jest i nic się nie da z tym zrobić” – My domagamy się jedynie tego, co już wcześniej zostało zapisane w porozumieniach. Chcemy, aby rząd dotrzymał jedynie swoich obietnic – odpowiedzieli mu protestujący. Wojewoda obiecał, że będzie popierał żądania służb mundurowych.

Jaka była to demonstracja

Protestujący zebrali się na placu przy ul. Mazowieckiej. W równym szyku z transparentami i flagami przeszli pod przejściem podziemnym na pl. Społecznym pod urząd wojewódzki. Odczytali petycję, a nastepnie zaczęli skandować – My ratujemy was, kto uratuje nas.
Okrzykom towarzyszyły syreny strażackie oraz jazgot policyjnych gwizdków.

Jednym z powodów, dla których wczoraj protestowali, jest fatalny stan ich wyposażenia, a pierwszym niemal sybolicznym znakiem był ich wiekowy megafon. Lepszego sprzętu używali już demonstranci z czasów pierwszej “Solidarności”. Wczoraj, choć przemawiający mówił do mikrofonu bardzo głośno i tak nie było słychać jego słów, a urządzenie wydawało przykre piski – takie właśnie mamy wyposażenie – skomentowali funkcjonariusze.
Porządku przed gmachem pilnowali ich koledzy – policjanci. Choć demonstracja była legalna, gdyby protestujący zechcieli wedrzeć się do budynku, ich koledzy zmuszeni byliby użyć siły.

- To spokojna demonstracja, a nasi koledzy wiedzą jakie mają prawa – powiedział nam podinspektor Zbigniew Śliwiński, dowódca zabezpieczenia. – Nie ma nawet co gdybać, jakie środki musiałbym zastosować, bo są to przecież funkcjonariusze, którzy sami pilnują, aby było przestrzegane prawo.
Gdy demonstranci pikietowali urząd, wojewoda Ryszard Lacher zaprosił delegację na rozmowę do swojego gabinetu.

O co im chodzi

Od 1996 roku kolejne rządy obiecują zwiększyć nakłady na pensje dla policjantów, strażaków i pograniczników. Odpowiednie porozumienia zostały podpisane i ostatnio potwierdzone przez ministra Janika. Jednak w projekcie budżetu na rok 2004 nadal nie ma podwyżek, a komendanci mają w przyszłym roku oszczędzać na samochodach. Służby mundurowe skarżą się, że ich pensje są bardzo niskie i nie mogą za nie utrzymać rodzin.
- Na 7800 policjantów na Dolnym Śląsku już 2700 wystąpiło o zapomogę – powiedział na spotkaniu z wojewodą Wojciech Zając, policjant z komitetu protestacyjnego. – Następnych 360 już napisało podania. Taka jest bieda. My chcemy tylko tego, co rząd podpisał,a czytanie ze zrozumieniem to umiejętność wymagana już w I klasie podstawówki. Większość z nas to pasjonaci, ale też do pewnego momentu. W naszym przypadku dno jest już osiągnięte.
- W najlepszym 1999 roku na jedną interwencję policjantów przeznaczano 850 złotych, teraz jest 600 złotych – powiedział na spotkaniu Marek Ciapka przedstawiciel strażaków w komitecie protestacyjnym. – My mieliśmy około 800 złotych, a teraz mamy około 300.
- Zrozumiałem, że celem tych akcji jest pozyskanie poparcia waszego protestu – powiedział po spotkaniu wicewojewoda Ryszard Lacher. – Wszystkie te uwagi przyjąłem, z niektórymi się zgadzam, z innymi nie, ale zobowiązuję się do przedstawienia waszych postulatów w komisji dialogu społecznego i uczynię to z czystym sumieniem.

******

Protestują także służby celne. Ich demonstracja ma charakter informacyjny i jak nas zapewnił Ryszard Margas, przewodniczący związku zawodowego funkcjonariuszy i pracowników służby celnej przy Izbie Celnej we Wrocławiu, nie ma wpływu na jakość pracy. – Chcemy, żeby ministerstwo przygotowało rozwiązania problemu granicy wschodniej, bo do tej pory nie ma żadnego pomysłu dla służb celnych po wejściu do Unii Europejskiej – powiedział nam Ryszard Margas.

Autor artykułu: Piotr Zarzycki

Intrygi i kłamstwa kierownictwa

Wednesday, November 19th, 2003

LUBIN Były wiceprezes KGHM ujawnił szczegóły z początków swojej pracy w miedziowej firmie

- Korupcja i zgnilizna dotyka tę spółkę od dziesięciu lat. Musiałem się temu przeciwstawić, więc naraziłem się wielu ludziom – mówił niedawno przed sądem były wiceprezes „Polskiej Miedzi” Marek S.

Marek S. stanął na ławie oskarżonych za transakcje walutowe, które przeprowadził razem z Piotrem W., a które zabezpieczał majątkiem KGHM. Zarobione pieniądze trafiły na konto prywatnej spółki, nie zaś na rachunek kombinatu. Zdaniem byłego wiceprezesa, te operacje finansowe trzeba było trzymać w tajemnicy. Nieufność Marka S. miała swój początek w sytuacji, w jakiej były prezes Marian Krzemiński rozpoczynał w 1999 r. swe rządy na miedzi. Obejmując fotel szefa zarządu wiosną, Krzemiński jeszcze przez wiele miesięcy musiał współpracować z wiceprezesami zarządu Stanisława Siewierskiego. Ówczesna rada nadzorcza KGHM skutecznie blokowała jakiekolwiek zmiany. Zdaniem S., za walką o zwykłe zachowanie stanowisk i wpływów w KGHM kryły się ogromne interesy na setki milionów. Zarabiała albo spółka, albo bank. Który?
- Citibank – twierdzi Marek S. – KGHM transakcje walutowe prowadził niemal wyłącznie poza granicami Polski i niemal wyłącznie z tym bankiem, depozytariuszem akcji spółki. Osoby, które zajmowały się tymi transakcjami, robiły to w sposób nieprofesjonalny. W każdym razie na tyle, że zamiast zarabiać dla spółki 100, 200 mln zł, przynosiły straty!
Z Citibankiem wiążą się również – jak ujawnił Marek S. – transakcje walutowe z maja 1999 r. na 150 mln dolarów, zawarte bez wiedzy już nowego prezesa, Mariana Krzemińskiego.
- Spodziewano się, że opcje, które sprzedano, pozwolą w pierwszym etapie rozliczeniowym wygenerować duży zysk. – To po prostu śmieszne myśleć, że zarobienie 10 mln przy 150 mln jest zyskiem. Ale ci państwo tak dbali o swoje posady i o to, by Citibank był im przychylny, że wbrew interesowi spółki zawarli te transakcje. Choć na koniec roku mogły one przynieść stratę nawet 100 mln zł.
Marek S. nie krył, że autorami tych niekorzystnych umów była jego poprzedniczka, Katarzyna Muszkat oraz były wiceprezes Ireneusz Reszczyński. Marek S. nie zostawił suchej nitki ani na poprzednikach, ani na ich podwładnych.
- Ci ludzie byli przyzwyczajeni, że tu się trzeba nisko kłaniać i cicho siedzieć – oznajmił. – I nic dziwnego, skoro, jak ktoś podliczył, w firmie i spółkach zależnych na stanowiskach kierowniczych pracowało blisko 50 osób z rodziny pani Muszkat.

Autor artykułu: Mirosława Bożyńska

Aresztowania za obwodnicę

Wednesday, November 19th, 2003

WAŁBRZYCH, ŚWIDNICA Dobrali się do urzędników i Inkomu Śląskiego

Trzy miesiące spędzi w areszcie dwoje byłych pracowników wałbrzyskiego magistratu i trzech pracowników pszczyńskiej spółki Inkom Śląski. Podejrzani są o przekręty finansowe przy budowie wałbrzyskiej obwodnicy. Aresztowania zakończyły się wczoraj.

Podejrzany urzędnik to Władysław Ż., były szef wydziału inwestycji i zamówień publicznych wałbrzyskiego urzędu miasta, a obecnie pracownik wrocławskiego zakładu energetycznego.

Jedni wyłudzili, inni stracili

- Zarzuciliśmy mu niegospodarność, czym naraził gminę na straty finansowe w wielkich rozmiarach. Chodzi o dwa miliony czterysta siedemdziesiąt tysięcy złotych – informuje Małgorzata Stanny z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Drugą osobą związaną z urzędem jest Hanna B., była inspektor w wydziale Władysława Ż., obecnie pracownica Zarządu Dróg i Komunikacji, jednostki budżetowej gminy.
- Zarzuciliśmy jej poświadczenie nieprawdy w dokumentach – dodaje Stanny.
Trzej kolejni podejrzani to Jan R., Andrzej S. i Zygmunt B. z zarządu pszczyńskiej spółki z o.o. Inkom Śląski, generalnego wykonawcy obwodnicy. Im postawiono zarzuty wyłudzenia od gminy Wałbrzych pieniędzy z dotacji.
Niewykluczone, że będą kolejne aresztowania.
Zarzuty w śledztwie o nieprawidłowości przy budowie wałbrzyskiej obwodnicy dotyczą obecnie tylko jednego wątku afery. Chodzi o budowę północnego odcinka drogi w dzielnicy Piaskowa Góra i sprzeniewierzenie pieniędzy z budżetu państwa. Gmina Wałbrzych nie rozliczyła się z dwóch milionów czterystu siedemdziesięciu tysięcy złotych dotacji na obwodnicę. Według dokumentów magistratu, na Piaskowej Górze wykonano prace budowlano-montażowe przy wiadukcie. Problem w tym, że wiaduktu nigdy nie było i do dziś go nie ma. Z papierów znalezionych w ratuszu wynika także, że gmina zakupiła stal i inne materiały budowlane. Ich jednak także do dzisiaj nikt nie widział. Za wszystko byłe lewicowe władze Wałbrzycha zapłaciły z miejskiej kasy.

- Inkom Śląski wystawił faktury, a urzędnicy magistratu sporządzili protokoły odbioru wirtualnych prac i elementów. W dokumentach znalazła się nawet adnotacja o ich dobrej jakości. Dlatego prezydent miasta Piotr Kruczkowski poinformował o sprawie prokuraturę – tłumaczą Krystian Bukina i Czesław Rybak, pracownicy urzędu, którzy przez kilka miesięcy przygotowywali wniosek do prokuratury o wszczęcie śledztwa.
Oprócz pięciorga aresztowanych, w dokumentach, które trafiły do prokuratury, jako winnych wskazali także kilka innych osób związanych z magistratem i inwestycją. Wśród nich byłych lewicowych prezydentów Lecha B. i Stanisława K., a także byłą skarbniczkę miasta, a później wiceprezydent Alinę S. oraz byłego wiceprezydenta Włodzimierza G. Im prokuratura nie postawiła zarzutów. – Proszę pamiętać, że to dopiero początek sprawy, a nie jej koniec – usłyszeliśmy w świdnickiej prokuraturze.

Prezydent zawiadomił

W lipcu br. prezydent Wałbrzycha Piotr Kruczkowski złożył w prokuraturze dwa zawiadomienia o nieprawidłowościach związanych z budową obwodnicy. Oprócz nieprawidłowości dotyczących prac zlecanych i wykonywanych przez spółkę Inkom Śląski, wątpliwości prezydenta wzbudziły także dokumenty dotyczące projektowania drogi. Wykonywała je wrocławska firma Eco Procom, która utrzymywała się na rynku niemal wyłącznie dzięki zleceniom wałbrzyskiego magistratu. Do umów nagminnie dołączano aneksy, w których zwiększano zakres prac wykonywanych przez firmę, ale z pominięciem przepisów o zamówieniach publicznych. Zdaniem obecnych władz miasta, byłe naraziły gminę na poważne straty finansowe.

Autor artykułu: Ada Szurman

Ciężko ranny spawacz

Wednesday, November 19th, 2003

Wypadek w Bombardierze

Trzydziestoletni spawacz został ciężko ranny w wypadku, do którego doszło we wrocławskiej fabryce wagonów Bombardier. Do zdarzenia doszło wczoraj ok. godz 7 w jednej z hal fabrycznych.

- Pracownik próbował zapalić palnik, a wtedy w pomieszczeniu nastąpił wybuch. Prawdopodobnie w pobliżu miejsca gdzie pracował nagromadził się acetylen – wyjaśnia okoliczności wypadku komisarz Artur Falkiewicz z wrocławskiej Policji .
Mężczyznę uderzyła w głowę kilkukilogramowa część przedłużnicy pudła do lokomotywy, która oderwała się po wybuchu. Z ciężkimi ranami został odwieziony do szpitala wojskowego.
Jak nam powiedział Janusz Kućmin, rzecznik prasowy Bombardiera, okoliczności wypadku ustalały wczoraj komisja wypadkowa firmy i inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy. Badali stan sprzętu na jakim pracował ranny mężczyzna. Rzecznik wyjaśnił, że był on pracownikiem firmy zewnętrznej świadczącej usługi dla fabryki wagonów.

Autor artykułu: JA